Menu pionowe

Szukaj

Kategorie

Całe życie

6 tygodni.. powiesz, że to niewiele w ciągu życia. To całe życie mojego Aniołka

Jak przebiega poronienie? – Dzięki za komentarze

Dziękuję za wszystkie wpisy.. dziękuję za wyrazy współczucia.. dziękuję za wszelkie dobre słowo. Na szczęście pojawiły się też wpisy raniące, ukazujące brak zrozumienia ze strony autora. Piszę na szczęście, bo to znaczy, że te osoby nie doświadczyły tragedii jaką jest śmierć dziecka…. Dziękuję i za nie… A tak k’woli większej świadomości i zwiększenia empatii…

- „gdzie był Twój Bóg jak umierało Twoje dziecko” – był tuż obok mnie, bo pewnie pytałabyś Evo, gdzie jest Twój Bóg, gdybym pisała o dziecku niepełnosprawnym, albo chorym, gdyby się takie urodziło. Bóg wie co robi, nawet jeśli my tego nie rozumiemy, nie przyjmujemy. To dziecko należy do niego, On dał On wziął, to Jego wola….

- skoro płód to nie jest dziecko, to od którego momentu możesz powiedzieć, że płód jest dzieckiem? gdy zacznie oddychać? a kiedy to następuje? dla mnie dziecko jest dzieckiem od chwili zapłodnienia, bo zmienia się jakość 2 połączonych komórek. To tak jak w reakcjach chemicznych, niektórych rzeczy nie da się odwrócić, a skoro się nie da to znaczy, że byt już istnieje, a w ciągu życia zmienia się jego charakterystyka. Nie jestem filozofem i nie potrafię tego wytłumaczyć, ale wiem, że tak jest.

- Nie pisze ani dla Ciebie evelino, ani dla nikogo kto tego nie potrzebuje. po pierwsze piszę dla samej siebie i to nie znaczy, że nie mam wsparcia wśród najbliższych, pisanie pozwala uporządkować pewne sprawy. Piszę też dla tych, którzy przeżywają podobne emocje i mają podobne przeżycia. Jeśli już mam pisać dla kogoś, to dla ludzi wrażliwych na trudności innych.

- ponoć w nieodpowiedni sposób opisałam końcowy etap poronienia, kiedy to moje Maleństwo zostało ewakuowane na zewnątrz (i to chyba zostanie najdłużej w mojej pamięci i będzie najdłużej budzić emocje, bo wiąże się z poczuciem winy. Chyba nie ma kobiety, która tego życzyła by swojemu zmarłemu, nienarodzonemu dziecku, bo ma pragnienie uczczenia zwłok).  Nie chcę tu tworzyć jakiegoś sztucznego dramatyzmu, bo chyba nie oto tu chodzi, samo wydarzenie jest dramatyczne. A pod publiczkę nie mam zamiaru niczego tworzyć. Jeśli komuś nie podobają się moje wpisy to niech ich nie czyta. Nawet jeśli nikt nie przeczyta moich wpisów to przecież świat się nie zawali.

Inne dzieci

Miałam dziś możliwość zabawy z 2,5 letnim dzieckiem. Majka jest dzieckiem z niepełnosprawnością, dlatego funkcjonuje na niższym poziomie, a to z kolei sprawia, że wydaje się, że jest młodsza, czyli bardziej zbliżona wiekiem do noworodka… A to sprawiło, że w mojej głowie pojawiło się ogromna radość z zabawy z nią. Ważna była ta chwila zabawy.. Nie czułam tego wcześniej. Tak jakoś Majka na rękach mi bardziej pasowała niż podczas wcześniejszych zabaw. Jak to się mówi, zapatrywałam się w nią. Zmienia mnie pragnienie dziecka… tym większe im większe są problemy z urodzeniem własnego…

Często obserwuję, że niektóre  młode kobiety mają pewien dystans do małych dzieci, ale gdy same staną się matkami, ich stosunek się zmienia. Chętniej zaczepiają inne dzieci, spada ta psychiczna bariera… jestem matką i moja bariera zniknęła… ale ja nie przytulę, nie pobawię się z moim Maleństwem. To raczej ono mnie będzie przytulać z nieba.

Zatrzymać jak najdłużej…

Gdy traci się kogoś najcenniejszego na świecie chciałoby się zatrzymać go jak najdłużej. Pamiętam, że chciałam, by moje Maleństwo paradoksalnie zostało jak najdłużej w moim ciele.. choć wiedziałam, że im dłużej tym gorzej, bo przecież może się wdać zakażenie i może to zagrozić mojemu kolejnemu macierzyństwu.

Teraz chcę je zatrzymać, ale w sensie psychicznym. Chciałabym jak najdłużej pamiętać o tym Kimś, kto tak krótko gościł na tej ziemi. Chciałabym pamiętać, że było, że rozwijało się, że wzbudziło moje nadzieje, plany, że dało mi czuć się matką, choć może jeszcze nie w pełnym wymiarze…
Dziś podczas rozmowy z mężem dotarło do mnie, że to, że piszę bloga, wyłapuje różne informacje na temat tego, gdzie moja Dziecina teraz jest, czy wie, że ją kocham, czy widzi, że za Nią tęsknię, że próbuje jej nadać imię, czy widzi, że cierpię, że poszukuję informacji, czy mogę z Nią porozmawiać, poprosić o wstawiennictwo tak jak się to czyni ze zmarłymi, że chcę zostawić ślad po tym, że zaistniała, np przez zorganizowanie grupy wsparcia, czy chęci pomocy rodzicom, którzy przeżywają to samo co my, czy podjąć się adopcji duchowej, czy poszukiwanie innych praktyk, które nadawałyby sens temu wszystkiemu, co teraz się dzieje, to nic innego jak próba zatrzymania Dzieciny jak najdłużej, by nie zapomnieć, by tej straty, pamięci o Maleństwie nie przykryło codzienne życie. Dotarło do mnie też to, że trzeba w odpowiednim momencie  psychicznie pożegnać się z tą bliską Osóbką. Powiedzieć jej „pamiętam i nigdy nie zapomnę, bo jesteś częścią mnie. Bądź ze mną, ale żyję dalej.”

Dzięki tym wydarzeniom odkryłam też wielką mądrość mojego męża. To on uświadomił mi to wszystko, ale powiedział jeszcze coś bardzo ważnego. Powiedział, że rozważanie, takie ciągłe maglowanie tego co się stało, pozostawanie w swoim bólu, żałobie może zamknąć mnie na nowe życie, które pragnie ofiarować mi Pan Bóg. To on powołał nasze Maleństwo do życia i on je przywołał do siebie. Tak jak w wierszu Jana Pawła II  „Bóg dał Bóg wziął, Twoja jest wola i Twoja jest moc”, tak jak Hiobowi. Ale głęboko wierzy, że jeszcze na nas czeka gdzieś drugie Maleństwo, które również potrzebuje naszej miłości, a jeśli zamknę się w swoim bólu po stracie, nie będę się w stanie otworzyć i stracę szansę pokochać kolejną osobę w moim życiu. Staś powiedział również, że próbuję po ludzku roztrząsać co teraz będzie i jest z Maleństwem, a przecież to tajemnica, boska tajemnica, bo nie mamy pewności, czy ono miało już duszę, czy ta dusza była taka sama jak starszego dziecka, itd. To wszystko tajemnica, a wszelkie informacje które ktoś podaje to tylko subiektywne interpretacje rzeczywistości niebiańskiej. Musimy wierzyć, że Bóg zaopiekował się naszym Maleństwem i zaopiekowali się nim również inni nasi bliscy zmarli, którzy są w niebie. Nic mu nie grozi, jest szczęśliwe. My musimy żyć dalej, myśleć o przyszłości o kolejnych staraniach, by spełnić to wielkie pragnienie dziecka, które Bóg w nas wzbudził.

Zadziwił mnie, wiem, że jest mądrym człowiekiem, ale zadziwił mnie tą głęboką religijnością i rozsądkiem. A wydawałoby się, że to tylko dobry mechanik, inżynier, jest również wspaniałym człowiekiem, mądrym wielką Mądrością, bo jak sam skromnie powiedział to nie są jego myśli, tylko Ktoś mu je podsyła.

Nie wiem, czy będę w stanie się zastosować do tego, co Stasiu mi powiedział, że czuję, że to jest dobre, że rzeczywiście Bóg, czy może Maleństwo za jego pośrednictwem chcą mi coś powiedzieć, że to może już czas pożegnać się i zrobić krok ku przyszłości…..

tym razem miało być lepiej….

W dniu ślubu byłam pełna marzeń i planów. Zaplanowaliśmy ze Stasiem, że odczekamy rok i zaczniemy starania o dziecko. Kilka miesięcy przed zbliżającym się terminem zrobiłam badania, w większości były prawidłowe, jedynie ze względu na niedoczynność tarczycy musieliśmy odłożyć starania o dziecko na 3 miesiące, by się wszystko uregulowało. Nie była to tragedia bo i tak 3 miesiące upływały mniej więcej w odpowiednim terminie, który zaplanowaliśmy. Odczekaliśmy co trzeba i rozpoczęliśmy starania. Pierwszy miesiąc, rozczarowanie…. nie udało się, drugi….również płacz i chwilowy brak nadziei. Myśl, a może nie możemy. Staś mówił: „spróbujmy jeszcze raz, do 3 razy sztuka”, i faktycznie 3 cykl starań i badania wskazują na ciążę. Test z apteki pozytywny, test beta pozytywny, najbliżsi powiadomieni, przecież jest ciąża!!! wizyta u ginekologa diagnoza: „brak widocznego pęcherzyka”-to był już 3 tydzień od zapłodnienia, po kilku dniach ból brzucha i plamienie – diagnoza nie ma pęcherzyka, albo bardzo wczesne poronienie, albo ciąża biochemiczna (parametry ciążowe są, ale brak zarodka). Świat na chwilę stanął w miejscu. Przecież miało wszystko pójść bezproblemowo. Przecież staram się żyć zgodnie z wiarą, co prawda grzeszę, ale przecież każdemu się zdarza, więc dlaczego? Dlaczego Panie Boże? Jeszcze pocieszenie ze strony ginekologa, najważniejsze, że możecie zajść w ciążę, a takie rzeczy się zdarzają, to już nie powinno się powtórzyć.

Starania rozpoczynamy od następnego cyklu, bo skoro nie było pęcherzyka więc nie ma potrzeby łyżeczkowania, ani nie trzeba odczekać, bo to tak jakby w ogóle nie było ciąży. Liczymy od nowa. Pierwszy cykl – test negatywny, ale już z tym rozczarowaniem radzę sobie lepiej. Przecież już przeszłam coś najgorszego w życiu (utratę nadziei), jestem silniejsza, dość szybko przeszłam do codzienności. Następnym razem się uda jeśli Bóg pozwoli. Pokora, o którą prosiłam jest, ale jakim kosztem…. i faktycznie drugi cykl zakończony ciążą!!!! tym razem nie rozpowiadamy tak od razu, czekamy na badanie ginekologiczne. Tym razem też jest ze mną Staś, bo boję się, że wychwycę z tego co będzie mówił lekarz tylko to co będę chciała, a co mnie zmartwi….
Diagnoza-”no tym razem widać pięknie pęcherzyk” był dopiero 4 tydzień od zapłodnienia, więc zarodka jeszcze nie widać. Dowiaduje się większa grupa osób, ale jesteśmy jeszcze ostrożni. Wielokrotnie padają słowa „wszystko będzie w porządku, a co miałoby się dziać, przecież dobrze się czujesz”. druga wizyta  u ginekologa po 4 tygodniach (9 tydzień): „nie widać akcji serca, proszę jeść witaminy i przyjść za 2 tygodnie, czasem tak jest, że na początku zarodek rozwija się wolniej, musimy to sprawdzić, jak objawy ciąży są, nie ma krwawienia, bólu brzucha, to proszę się nie martwić”. Pojawiają się myśli, „nie martw się, przecież już raz psychicznie straciłaś dziecko, teraz musi być lepiej. Poronienia nie przeżyję, przecież to jest coś tragicznego, na samą myśl… a nie będę o tym myśleć, muszę być spokojna, radosna, bo to źle wpłynie na Dzieciątko. Tym razem będzie lepiej”. Później plamienie, szpital, diagnoza ciąża obumarła…. poronienie……. A co mnie czeka kolejnym kolejnym razem?

Człowiek tak sobie czasem myśli, że czegoś na pewno nie dałby rady przeżyć, że to jest za bardzo traumatyzujące, że coś na pewno się nie wydarzy, jest pełen nadziei, ma w sobie przekonanie, że wiele może zaplanować, przewidzieć, zmienić, ale tak naprawdę nie wie ile może… Gdy przychodzą kolejne wydarzenia zadziwia sam siebie, przekonuje się, że wiele może znieść, nawet poronienie, stratę dziecka, co wcześniej wydawało mu się nie do przeskoczenia, coś okropnego, co na pewno nigdy się nie wydarzy, co nie powinno się zdarzyć nikomu, ale się zdarza. Przeskoczy i nawet nie wie jak i kiedy…. a tak naprawdę tym wszystkim co dzieje się w jego życiu rządzi ktoś inny. I tylko ratuje go wiara, że to co na niego spadnie jest to tyle, ile potrafi znieść. Więc pozostaje mu jedynie nadzieja, że ‚następnym razem będzie lepiej”…… a czy będzie? to już nie należy do niego….

Jak przebiega poronienie….

na ostatniej wizycie u ginekologa (24.04) usłyszeliśmy „zarodek jest, ale jest za mały, jak na 10 tydzień”. Trochę zachwiało to moim poczuciem, że wszystko będzie dobrze, ale przecież ostatnim razem się nie udało więc teraz musi być wszystko w porządku. Wszyscy pocieszają i tłumaczą, że moje nastawienie odgrywa tu kluczową rolę. Ale moje nastawienie w tym wypadku już niczego nie zmieniło. Lekarz już wiedział, bo przecież nie widział serca, ale chciał poczekać z diagnozą, bo może zdarzy się cud, poza tym taka jest procedura, że trzeba odczekać tydzień, dwa i zrobić badanie jeszcze raz.poza tym miałam jeszcze objawy ciążowe, które po wizycie nagle ustały. Przestałam mieć aż tak silne mdłości, ale myślałam, że to kwestia zmiany leku, bo wcześniej jadłam jedynie olej z wątroby rekina, który ponoć nasila mdłości. Bolały mnie nadal piersi i miałam nadwrażliwości na zapachy. Organizm jeszcze nie wiedział, że coś jest nie tak. Hormony działały, jakby panicznie chciały utrzymać ciążę.

1.05 (11 tydzień)wieczorem pojawiło się lekkie plamienie. Ale popracowałam troszkę w ogrodzie więc stwierdziłam, że to od tego albo był to czas na miesiączkę i takie plamienie może się zdarzyć.Zresztą wieczorem plamienie ustało więc odetchnęłam. Dobrze, że to nic złego z dzieckiem, przecież poronienia bym nie przeżyła, Bóg na to nie pozwoli – myślałam.

2.05 Plamienie pojawiło się ponownie. Ale miałam zaplanowany wyjazd, by załatwić kilka spraw na mieście, obiecałam siostrze więc pojechałam. Nie czułam się jakoś dobrze, ale myślę, że moje nastawienie, by się nie przemęczać dało się we znaki i psychicznie byłam bardziej zmęczona niż fizycznie. Po powrocie mama zauważyła, że coś jest nie tak, zmotywowała mnie by jechać na szpital, tym bardziej, że znajoma położna powiedziała, że plamienie nie oznacza nic dobrego. Nie pamiętam dobrze, ale chyba się nasiliło.  Wieczorem pojechałam z mężem do szpitala.
Przyjęli mnie tam stażyści, pani doktor, a później doszedł pan. Nie wiem, czy dlatego, że jestem pacjentką ich kolegi, czy wszystkie kobiety tak traktują, ale naprawdę czułam się spokojna. Pani doktor mnie zbadała (choć na początku myślałam, że to pielęgniarka i zdziwiłam się czego ona ode mnie chce;)), Krwawienie nie wydało jej się jakimś dużym zagrożeniem, myślę, że wtedy oceniała, czy dojdzie do poronienia. Zaprowadziła mnie na USG. Długo badała, mierzyła, dopytywała, co mówił lekarz prowadzący na wizycie. Doszedł pan doktor rozmawiali coś między sobą, że moje Maleństwo za małe, i w pewnym momencie padł wyrok, który mnie zmroził – „dla mnie ciąża jest obumarła”, „też tak uważam”. W jednym momencie zawaliły się moje plany na najbliższe kilka lat, a na pewno na kilka miesięcy do porodu bo póki co do tego czasu wybiegałam w przyszłość. Popłynęły łzy nie wiele byłam w stanie powiedzieć, słuchałam tylko co mówią lekarze. po chwili trochę się uspokoiłam na tyle, że byłam w stanie dopytać co teraz i dlaczego tak, i co z kolejnymi ciążami, co zrobić, by kolejna ciąża nie zakończyła się tak samo. W tym momencie znów się rozkleiłam. Było mi głupio, że płacze, ale pomyślałam sobie, mam do tego prawo – dowiedziałam się, że moje dziecko zmarło. Jestem wdzięczna tym lekarzom, za tą rozmowę, za to, że byli pełni zrozumienia i w taki serdeczny sposób mnie potraktowali. Na korytarzu spotkałam męża, nie musiałam nic mówić, widział, że jest źle. Jeszcze trzeba wypisać dokumenty i do domu. Mogłam zostać  w szpitalu, ale czas od obumarcia Maleństwa do poronienia może wynosić do 5 tygodni, a tyle nie wytrzymałabym w szpitalu. W domu miałam czekać na akcję poronną. więc czekałam. Przyjechałam i ryczałam, bo nie można tego nazwać płaczem. To był ryk rozpaczy, prawie bez łez, po prostu ryk rozdzierający serce. Straciłam kogoś najcenniejszego. Nigdy nie przytulę, nie usłyszę, nie pozłoszczę się na moje zmarłe Maleństwo……..
Dzięki wsparciu męża i rodziców udało mi się trochę uspokoić, zjedliśmy lody, pogadaliśmy trochę. Mimo tego, że mama próbowała się trzymać widziałam, że przeżywa to tak, jakby jej dziecko zmarło, albo jeszcze bardziej, bo straciła wnuka i musiała patrzeć na cierpiącą córkę….. Nie pamiętam co było dalej tego dnia…

3.05 Dziś miał być zjazd przyjaciół u nas… odwołany… choć żałowałam trochę, bo dziś czułam się nieźle, nie płakałam – faza szoku. nie docierało do mnie, do moich emocji, to co się stało. Chciałam zrobić wszystko, byle nie myśleć, byle się czymś zająć. Wymyśliłam więc, że pojedziemy na pokaz balonów do Krosna. Zkrzyknęłam siostrę, przyjaciół i pojechaliśmy. Dało mi to szansę na zapomnienie. Niestety nie udał się za bardzo wyjazd, bo zaraz przed pokazami balonów rozpętała się okropna burza. Mimo, iż próbowałam nie myśleć, co się stało, wiedziałam, że muszę opowiedzieć troszkę Kasi. Gdy była chwilka opowiedziałam i wbrew moim oczekiwaniom, nie rozpłakałam się, nie ściskało mnie w gardle… opowiedziałam jak suche fakty, bez emocji, emocje zostały w szpitalu razem z dokumentami, na których było napisane „ciąża obumarła”.
Ciągle myślałam, jak to będzie to poronienie… czy to nagle, czy powoli, czy będę coś czuć, czy po prostu zostawię czerwoną plamę.. nikt nie był mi w stanie na to pytanie odpowiedzieć, bo nikt ze znajomych przez to nie przechodził. z resztą chyba każda kobieta jakoś inaczej. w kościele nie mogłam się skupić, bo bałam się, że się zacznie….
wieczorem czułam się gorzej i psychicznie i fizycznie. Rozkleiłam się, ale na chwilę…

4.05 Dużo leżałam, odpoczywałam, czekałam. krwawienie było trochę mocniejsze. dlatego wieczorem pojechaliśmy do szpitala. Byli ci sami młodzi lekarze, ale był też mój prowadzący więc on się mną zajął. Stwierdził, że jeszcze to nie to, szyjka jest jeszcze zamknięta, trzeba czekać na silny ból brzucha lub na silne krwawienie lub na jedno i drugie.

5.05 to niedziela. Nie poszłam do kościoła w obawie przed poronieniem tam. Cały czas męczyła mnie biegunka, cokolwiek zjadłam zaraz wydaliłam… wieczorem pojechaliśmy do teściów. Ale nie byliśmy w stanie powiedzieć co się stało, przecież nawet oficjalnie od nas nie wiedzieli, że byłam/jestem w ciąży. Jakoś się trzymałam do momentu, gdy poszliśmy do szwagierki, która wiedziała, że jestem w ciąży i że są jakieś problemy. Sama ma bardzo chore dziecko (roczny chłopiec) więc rozumiała, co przeżywam. Rozkleiłam się, gdy im powiedzieliśmy.
czekałam dalej…. przynajmniej ciałko było jeszcze przy mnie… martwe, ale było…. paradoksalnie nie chciałam, by nadeszło poronienie, choć wiedziałam, że im szybciej tym lepiej, bo dłuższe czekanie na poronienie wiązałoby się z wywołaniem poronienia chemicznie, lub otwieraniem na siłę szyjki.

6.05 Cały dzień rozważałam w sercu, co zrobić z ciałkiem. pytałam przyjaciółki, podesłała mi artykuł, w którym ksiądz wypowiada się na temat zmarłych przedwcześnie dzieci. Była tam mowa, że dziecko od poczęcia jest dzieckiem, należy mu się szacunek. Nie wiadomo, kiedy „dostaje” duszę, ale czy ma 0.1 mm czy 0,5 m, jest dzieckiem i jemu ciału należy się godny pochówek. Znalazłam też artykuł o pogrzebie dzieci, które zmarły w wyniku poronienia w przemyskim szpitalu. Chciałabym, by ciałko mojego Maleństwa było uszanowane. Mąż zgodził się, że gdy uda się przechwycić Maleństwo pochowamy go w grobie rodzinnym, niekoniecznie z mszą i całą oprawą, ale pochowamy. Byłam również u rodzinnego lekarza, pani doktor doradziła, bym się wysiliła, to poronienie przyjdzie szybciej. Chyba to logiczne. Była ze mną mama, chyba gorzej to znosi niż ja. Schodząc ze schodów skakałam… może to pomogło….? bo od mniej więcej godz. 2 czułam się gorzej. nasiliły się skurcze, o 17 zaczął mnie bardzo boleć brzuch, tak jak gdy mam te silne okresy. Zjadłam tabletkę przeciwbólową, ale nie zdążyła zadziałać. Czułam, że nadchodzi biegunka po obiedzie. W toalecie załatwiłam potrzebę fizjologiczną, ale też po krótkim czasie poczułam jak coś „wypada”…. to było moje obumarłe Maleństwo……..
Niestety nie udało się uratować ciałka….
Przestał mnie boleć brzuch, ale krwawiłam. Zapłakana powiedziałam mężowi, co się stało. Później pytał dlaczego płakałam, czy z bólu czy za Dzieckiem…. odpowiedziałam, że za dzieckiem, bo wtedy dotarło do mnie, że to już koniec… już nie ma szans na cud… moje Maleństwo zmarło.. nie ma go… jest już Aniołkiem. Miałam żal do siebie, że nie uratowałam ciałka, ale prosiłam wcześniej Boga, by to on zarządził co się stanie. Wiara w to, że tak miało być zmniejszyła moje poczucie winy, ale później, następnego dnia, gdy przeczytałam opis poronienia i dziewczyna opisywała, że w szpitalu dają pojemniki, by do nich się wypróżniać, by uratować ciało, zrobił mi się przykro, że ja na to nie wpadłam, ale człwowiek o tym nie myśli…
Wieczorem pojechałam z mężem do szpitala, przygotowaliśmy się na duże krwawienie, ale było średnie. Był mój prowadzący. Powiedzieliśmy co się stało, w związku z tym, że jadłam obiad anestezjolog kazała czekać. Przebrałam się na izbie przyjęć i czekaliśmy z 2 godziny w poczekalni. zabieg planowany jest na 21.30. Humory mieliśmy niezłe, jak na taką okoliczność. wybiła godzina 21.30 i faktycznie zaczęło się przygotowywanie do zabiegu. poproszono mnie do gabinetu, był tam mój lekarz, starsza pani doktor, pielęgniarka, i jakieś dwie panie podejrzewam, że jedna z nich to anestezjolog. odstałam w żyłę jakieś kropelki i po chwili już odleciałam.
obudziłam się na korytarzu. Ponoć mąż rozmawiał ze mną, ale nic nie pamiętam ;]
W nocy spotkałam się z bardzo dobrą opieką. Pielęgniarka przychodziła co jakiś czas, by sprawdzić, czy nie mam krwotoku. Również ta starsza Pani doktor okazała mi dużo serca, może to nie wiele, ale lekki żart i uśmiech wtedy bardzo wiele znaczą. Dziękuję.

7.05 Rano niestety nie wiedziałam co ze mną. Nie wiedziałam kiedy wyjdę, ponoć lekarz zapisał jakieś badania, ale nikt nie przychodził, by mi pobrać krew. Leżałam na ligninie, jeszcze chyba w szoku. Na sali była z 3 kobietami w zaawansowanej ciąży, co nie poprawiało mojego nastroju. Ale póki co jakoś się trzymałam. Nie byłam w stanie z nimi nawiązać jakiegoś kontaktu, po prostu milczałam i czekałam. Pierwsza wizyta to kolejny punkt, który mną zachwiał. Lekarz i pielęgniarki, a szczególnie ten starszy lekarz, jedynie zapytał, czy mnie nic nie bili i przeszedł dalej. Nadal byłam w zawieszeniu, bo nie wiedziałam jak będzie z moim wypisem. Pielęgniarka powiedziała jedynie, że mogę iść po zwolnienie i potrzebuję dokumentów, zaczęłam jej tłumaczyć, że nie mam bo przyniesie mąż, ale nie wiem czy zrozumiała, ja chyba jeszcze była trochę pod wpływem narkozy, bo jakoś mi się słowa nie kleiły.
przed 8.00 przyszedł mój mąż. Bardzo się ucieszyłam na jego widok, a szczególnie i tego mu nigdy nie zapomnę… „kochanie, nie wiem, czy tu można, ale przemyciłem Ci coś” Otworzył torbę, a w niej….. kwiat bzu, rozwaliło mnie to.. Chyba dlatego, że trafił w sedno, pokazał, że o mnie myśli i…. nie wiem w sumie, ale to było dla mnie wzruszające. Niestety musiał iść do pracy. a ja dalej czekałam…. nie wiedziałam, czy się mogę ubrać, czy mogę jeść… kiedy w końcu wyjdę…
później przyszła wizyta z profesorem… Z każdą z moich koleżanek z sali porozmawiał, pytał jak się czuje….. gdy przyszła pora na mnie, lekarz dyżurujący powiedział „po łyżeczkowaniu”, profesor nawet się na mnie nie popatrzył i poszedł… tak jakbym nie była warta zainteresowania, jakbym symulowała, jakby nie działo się nic, co mogłoby być ważne, jakbym tylko straciła najważniejszą osobę w swoim życiu. Przecież we mnie nie ma już nikogo, kim trzeba by się zająć, już nie ma nadziei.
Po tym wydarzeniu tym bardziej nie mogłam już nawiązać kontaktu z kobietami na sali. Zamknęłam się jeszcze bardziej. A moje napięcie emocjonalne narastało, z trudem utrzymywałam się jakoś w garści. Dostałam upragniony wypis, ale zapis „szczątki po poronieniu” to kolejny gwóźdź do trumny. Za chwilę przyszła mama i nawet nie chciałam za bardzo z nią gadać, bo już byłam na skraju wytrzymania. Ale czekała mnie jeszcze jedna „miła” niespodzianka. Po zwolnienie chorobowe musiałam iść nie gdzie indziej jak…. na porodówkę, a tam, jak to na porodówce…. maleństwa….. czułam, że koniecznie muszę stamtąd uciec….
Krwawienie było już mniejsze, plamiłam chyba jeszcze z 2 dni, później ustało, a później znowu się pojawiło, pojawiło się również po sexie, ale teraz już ustało.

Piszę to prawie 2 tygodnie po tych wszystkich wydarzeniach. … sama się dziwię, jak dobrze znoszę tę stratę. Faktycznie bywają momenty rozpaczy, ale stosuję się do zalecenia męża, płaczę jedynie przy nim. Choć chciałabym ukryć łzy, bo nie chcę go martwić, ale muszę pamiętać, że zarówno on jak i ja mamy prawo być w żałobie. Mimo iż ktoś może powiedzieć, że to tylko mała fasolka (co mnie strasznie wkurza, gdy zarodki nazywa się fasolką), ale nawet jeśli Maleństwo nic nie czuło, ja wiem, że to było moje dziecko, moje nadzieje, moja największa miłość. I choć mam nadzieję, że uda mi się kiedyś dotrzymać ciążę i na pewno będę kochać swoje dzieci nad życie to Maleństwo będzie szczególne. Myślę, że rodzice bardziej kochają dzieci, które są chore, lub zmarły… bo one nie dadzą w kość. Pamiętam, jak znajoma, która ma bardzo chore dziecko (1,5 roku) porównywała: dlaczego moi synowie są tacy niegrzeczni, dlaczego się kłócą, a Antoś tak cierpi i jest taki dzielny. Myślę, że trzeba wypracować w sobie takie przekonanie, że dzieciaki zdrowe są czasem niegrzeczne, bo właśnie są zdrowe, bo to jest wpisane w dzieciństwo, a takie porównanie może ich w przyszłości zranić.  Dzieci zmarłe są też bardziej kochane, bo istotę ich istnienia doceniamy dopiero jak ich zabraknie…..

Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą

Dlaczego to jest trudne

Ostatnio nagłaśniana jest sprawa Jasia, który z winy lekarzy zmarł w wieku 3,5 roku. To dopiero jest tragedia. Matka, która poroni przeżywa ciężkie chwile, ale nie wyobrażam sobie, co mogą czuć rodzice, którzy przez 3,5 roku opiekowali się swoim dzieckiem, a później z winy człowieka dziecko umiera. Mnie jest łatwiej, bo nie kupiłam nic z wyprawki dla dziecka, ono niczego nie użyło, nie kojarzą mi się przedmioty, zabawki z dzieckiem…… a gdy umiera 3,5 letnie dziecko…. przecież wszystko to czym się bawił, ubranka, nawet kaszki zostają i każde spojrzenie na cokolwiek, co należało do dziecka rozdziera na nowo serce rodziców. Jak tak można!!!!!!!!!

ludzie pytają jak się czuje….. przychodzą czasem czarne chwile, gdy nic nie ma sensu.. wraca się do tych trudnych chwil i płacze bez łez, tylko ogromny ból, rozpacz, że straciło się coś cennego, najcenniejszego w życiu… to tak jakby ktoś wyrywał kawałek serca i wrzucił je w przestrzeń.

gdy czuje się lepiej, mam lepszy nastrój myślę, o kolejnym dziecku. Ale jednocześnie mam poczucie, że zdradzam to, które się nie narodziło.. bo przecież ono dopiero umarło, a co teraz chcę siebie pocieszyć, zastąpić kolejnym dzieckiem…?? przecież się nie da… nikt nie zajmie jego miejsca!!! a też, wiedząc, że z kolejną ciążą mogą być podobne problemy, czy w ogóle się starać? i skazywać siebie na przeżywanie tych samych emocji, a płód na śmierć….??????

Przez kilka dni nie pisałam, bo naprawdę było nieźle, aż się zastanawiałam dlaczego tak dobrze… teraz wiem to jeszcze była faza szoku.. robiłam wszystko, by się czymś zająć, nie myśleć, jeszcze bliscy otaczali mnie szczególną troską. Teraz powoli wszyscy wracają do codzienności, a ja jeszcze przez kilka dni będę na L4, zaczynam się denerwować, że jestem w domu, nie wychodzę nigdzie, zaczyna mi coś nie wychodzić… motywacja i chęć działania spada… zmierzam ku kolejnemu etapowi… ku nastrojowi depresyjnemu… ku trudniejszym chwilom, emocjom…….

„życie tak piękne.. choć kruche jest…..”

Gdy matka tuli w ramionach dziecko swe
Jej miłość staje przeciw złym mocom
Tak ludzie modlą się o urodzajny deszcz
Jak ona czuwa nad nim nocą

Wyfruwa wreszcie z gniazda młody ptak
Bo przywilejem jest młodości
Zabawa, radość, przyjaźń a nie strach
Bo młodość nie chce wiedzieć o tym, że:

Życie choć piękne tak kruche jest
Wystarczy jedna chwila by zgasić je
Życie choć piękne tak kruche jest
Zrozumiał ten kto otarł się o śmierć

I nie do końca piękny jest ten świat
Gdy wciąż odwieczne prawa łamie
Zabiera miłość, młodość, słońca blask
Lecz my nie chcemy wiedzieć o tym, że:

Życie choć piękne tak kruche jest
Wystarczy jedna chwila by zgasić je
życie choć piękne tak kruche jest
Zrozumiał ten kto otarł się o śmierć
Śmierć zawsze przychodzi niespodziewanie i zawsze dotyka głęboko tych, którzy kochają. Szczególnie, gdy to dziecko umiera, nawet jeśli takie, którego nigdy nikt nie przytulił i nie przytuli….. bo dopiero zaczęło istnieć. Śmierć dziecka, to nie tylko śmierć ciała, ale też śmierć nadziei, które zaczęły się rodzić w rodzicach, śmierć planów… ale nigdy śmierć miłości. Dlatego nie mogę pozwolić, by moje Maleństwo umarło bez sensu. Muszę nadać temu sens, a jedynym słusznym, w moim odczuciu jest otoczenie życia innego dziecka opieką. Nie możemy troszczyć się o naszą Kruszynę, nigdy jej nie wezmę na ramiona więc zdecydowaliśmy objąć adopcją duchową zagrożone życie dziecka poczętego, tak by inne dziecko znalazło ukojenie swojego płaczu w ramionach matki, która go pokocha, mimo, iż teraz go nienawidzi i obwinia je o wszelkie nieszczęścia w swoim życiu. Choć jest to dla mnie niezrozumiałe, co kieruje kobiety do tego strasznego kroku aborcji, i jak trudne życie i okoliczności muszą się wydarzyć, by sprzeniewierzyć się Życiu, rodzicom tym trzeba pomóc, wesprzeć ich modlitwą i mieć nadzieję, że Bóg uratuje to życie. Nieraz nie trzeba wiele… wystarczy dać nadzieję…….

Polecam film „October baby”

 

 

 

Dlaczego piszę..?

Moje nadzieje, plany, oczekiwania umarły wraz z Anielką. Żyła jedynie ok 6 tygodni, a przynajmniej na tyle określono wiek Maleństwa na USG. Przez pierwsze dni od informacji dawałam sobie świetnie radę. Było dużo zamieszania, oczekiwania, bo miało być poronienie.Pojawiło się wiele pytań w mojej głowie, jak to będzie , czy będzie bolało, gdzie się to stanie, czy uda się „przechwycić” zarodek, by  uszanować ciałko, czy w ogóle są możliwości pogrzebu takiego Maleństwa, jak się to robi i jak ja chciałabym by to się odbyło. Zdecydowałam. Jeśli coś zostanie we mnie, a będzie wyciągnięte w czasie oczyszczania, to robię pochówek. Już obmyśliłam gdzie, poinformowałam męża, a on przystał na moją potrzebę, choć był przeciwny (mój Skarb)…..

zaczęło się. najpierw silny ból brzucha, a później „Coś” wypadło, nie udało się „przechwycić”, nie udało się pochować godnie… szybki wyjazd do szpitala, zabieg… mąż był cały czas ze mną i będę mu za to wdzięczna do końca życia, szczególnie za gałązkę bzu, którą przemycił następnego dnia, gdy przyszedł przed pracą… oczekiwanie na wyjście ze szpitala….

wszystko szło nieźle do czasu, gdy dostałam wypis i przeczytałam rozpoznanie „resztki po poronieniu”.. w tym momencie wszystko się zawaliło. To już nie był sen. To była rzeczywistość. Mojego Aniołka już nie ma. Dopóki miałam je w sobie, było jakoś inaczej, mimo tego, że wiedziałam, że Maleństwo obumarło, miałam nadzieję, na cud. Cud nie nastąpił, nie taki jak bym chciała. W drodze po wypis musiałam zahaczyć o porodówkę… i o maleństwo, które dopiero co się urodziło.. moje miało spojrzeć na ten świat 25 listopada.. śpieszyło mu się do nieba.. tego świata nie zobaczy…

Już nic nie jest takie jak było… rozsypuję się… ja twarda kobieta…a dziwiłam się, że tak mało płaczę przez ostatnie dni, że tak łatwo wychodzę ze szlochania… teraz… jestem twarda, ale tylko przy Stasiu…bo inaczej nie umiem mu pomóc… musimy się trzymać teraz razem…. ale ja się rozsypuję… ta pustka w moim sercu…. nic jej nie zastąpi..

mówią, że to tylko 6 tydzień, że zarodek jeszcze nie miał kształtu człowieka… ja wiem, że zmarło moje dziecko, cząstka mnie, odpadł element układanki i już nie znajdę innego, by go zastąpić… to już drugi element.